Władysław Frycz
Warszawa Rynek Nowego Miasta 8 m 20
Życiorys – wspomnienia
Urodziłem się w Warszawie 4 sierpnia 1929 r.
Pochodzę z rodziny o dużych tradycjach patriotycznych.
Ojciec mój legionista, członek POW walczył w legionach, był więźniem Szczypiorny, uczestnikiem I i II wojny światowej, więźniem oflagu w Woldenbergu, dwukrotnie ranny, wielokrotnie odznaczony, por. Wł. FRYCZ. Matka w czasie I wojny światowej działała w Lidze Obrony Kraju, a w czasie okupacji związana stale z ruchem oporu, głównie poprzez kontakty z \"Parasolem\" do którego należała moja starsza siostra Krystyna. W mieszkaniu naszym odbywały się komplety maturalne, grupy młodzieży związanej z \"Parasolem\". Matka moja jako krawcowa w czasie okupacji brała m.in. do reperacji na polecenie AK mundury niemieckie. Z mundurów tych duży procent zamiast na łaty został wyreperowany i za pośrednictwem „Parasola” przekazywany był dywersji AK.
Sam kilkakrotnie przenosiłam je we wskazane miejsca. Matka moja Helena Frycz przed Powstaniem Warszawskim wraz ze mną i moją drugą siostrą Alicją w czerwcu 1944 r. wyjechała z Warszawy z młodszą grupą harcerzy z Szarych Szeregów „GIGANTY”, którą pod dowództwem \"Mirosława\" pod pozorem kolonii RGO była zgrupowaniem „Szarych Szeregów”. Moja starsza siostra Krystyna (pseudonim \"Danka\") pozostała w Warszawie i walczyła w \"Parasolu\". Odznaczona krzyżem walecznych, zginęła w pałacu Krasińskich na Starym Mieście. Po wojnie 1939 r. przeprowadziłem się z Żoliborza w Aleje Jerozolimskie, ale do szkoły tradycyjnie jeździłem na Żoliborz. Szczególnie niebezpieczne to stało się w 1941 r., bowiem tramwaje do Śródmieścia odjeżdżały spod Dworca Gdańskiego i jechały przez teren getta, wyjeżdżając ul. Żelazną.
Codzienne przejazdy przez getto były niebezpieczne na trasie Dworzec Gdański - Getto, ponieważ tą drogą młodzież żydowska, a właściwie małe dzieci przewoziły nielegalnie worki z kartoflami i chlebem, gromadząc się głównie na pomostach, aby w Getcie wyskoczyć. Oczywiście odbywały się ciągłe kontrole i często ja byłem jako pierwszy poddawany kontroli a legitymacja szkolna z adresem, uzasadniały moją podróż tramwajem. Było wiele sytuacji, gdy kazano mnie pozostać w Getcie wraz z tymi młodocianymi „przemytnikami”, bo jedynie w stosunku do nich odnoszono się z tolerancją.
Podziwiałam te dzieci i ich przywiązanie do swoich, bo nie musieli wracać. Matka przeniosła mnie do szkoły w Śródmieściu w al. Szucha. Tak wiec byłem stałym przechodniem tej sławnej dzielnicy.
W tym czasie bardziej interesowało mnie życie Warszawy, wagary, ciągłe wizyty na kercelaku, itp. Z tego też względu moja matka zdecydowała umieścić mnie w internacie RGO w Otwocku, gdzie kierownikiem internatu był harcmistrz Jerzy Gołoński. Internat w Otwocku przy ul. Lelewela 5 miał ciekawą przyczynę powstania. Rzeźbiarka Teodora Dąbrowska przed wojną otrzymała II nagrodę w konkursie na popiersie Józefa Piłsudskiego i za te pieniądze wybudowała pensjonat „Capri” oraz mały domek dla siebie i matki.
Matka moja zwróciła się z prośbą do pani Dąbrowskiej, aby udzielała mnie lekcji rzeźby, ale pomimo obietnic nic z tego nie wyszło. Los chciał, że po wielu latach historia się odwróciła, gdy pełniłem funkcję prezesa rzeźbiarzy warszawskich i Pani Teodora zwracała się często do mnie ze swymi kłopotami, bo ten wygrany przed wojną konkurs usytuował ją w odmiennej od przedwojennej sytuacji. Tak więc willa \"Capri\" jak głosiła piosenka przypomniana przeze mnie i zamieszczona w kronice \"Kręgu\" w słowach: Od Warszawy niedaleko, tuż za Świdrem modrą rzeką, jakaś przystań z dala lśni\"...
Internat RGO nie tylko dla mnie stał się przystanią. Stał się przystanią tak dla młodych jak i dorosłych, których osobiste, lub rodzinne kontakty odsunęły od bliźnich, głównie z przyczyn patriotycznego zaangażowania ich samych, czy też ich rodzin.
Pomimo oblania 5 klasy w Warszawie (same dwóje) Jerzy Gołoński zapisał mnie w Otwocku do klasy 6-tej i miał rację, ponieważ tu zdałem do klasy 7-e j.
W 1943 r. uczęszczałem równolegle do ki. 7-ej powszechnej i jednocześnie, wraz z Konradem Garstką na tajne komplety do kl. I Gimnazjum prowadzonym przez Halinę i Tadeusza Parnowskich, wraz z zespołem nauczycieli, których nie pamiętam dobrze, bo nie stać mnie było na dalsze opłacanie korepetycji, co przerwało moją naukę gimnazjalną.
W dniu 3 maja 1942 r. na ręce komendanta Roju \"SOSNA\" harcmistrza Jerzego Gołońskiego, ps. „Długi” w obecności Komendanta „Zawiszy” Przemysława Góreckiego, ps. \"Kuropatwa\", złożyłem przysięgę harcerską.
W internacie powstało kilka zastępów. Ja zostałem zastępowym najmłodszej grupy. Młodość nasza była prawdziwym kompleksem, bo czekaliśmy na awans do grupy która otrzymywała przydziały do różnych oddziałów AK. Internat RGO w Otwocku był przystanią do spotkali, ćwiczeń oddziałów AK. Decydowało o tym dobre połączenie z Warszawą koleją elektryczną i ciuchcią (kolejką wąskotorową – przyp. MG), co pozwalało zawsze na powrót inną drogą.
Rozeznanie bezpieczeństwa na kolei (łapanki, kontrole) często powierzano najmłodszym, co nie wzbudzało podejrzeń i było najbezpieczniejsze. Ćwiczenia te odbywały się w laskach otwockich (bardzo często na sąsiadującym z internatem terenem ogrodzonym ZUS-u). Hotelem dla nich przez najbliższą noc był oczywiście Internat przy ul. Lelewela. Najmilsze były spotkania z tymi \"starszymi\" harcerzami z Warszawy. Najczęściej były to skecze, wspólne śpiewane piosenki, które oni zawsze znali tydzień wcześniej. Czytanie wierszy Baczyńskiego, Ziutka i innych, oraz najczęściej mistrzowskie wykonania muzyczne na kieszonkowych organkach.
Chłopcy ci byli naszym wzorem do naśladowania. Łączył nas z nimi czas, chciałem przez to powiedzieć, że między młodzieżą w Internacie istniały przyjaźnie przy kilkuletniej różnicy wieku, tak więc kolegami stawali się dorośli z dziećmi, żołnierze z harcerzami.
Stałe kontakty istniały pomiędzy kolegami z internatów RGO w Warszawie. \"Jerzyki\" z Okęcia, z Polnej \"Giganty\", Chłopców z Marszałkowskiej, róg Sienkiewicza.
Moimi przełożonymi - wychowawcami w internacie byli: Jerzy Gołoński, Henryk Branicki, Wiktor Tomecki, Irena Michałowska, „Kuśtyk” i inni. Przeszkolenie \"rekruckie\" dla całego internatu prowadził Henryk Branicki oficer Kedywu AK. Od Pobudki do śniadania obowiązywał porządek wojskowy, łącznie z \"fruwaniem\" niepościelonych dobrze łóżek i reżimem czasu (tylko 3 minuty - jak tu włożyć buty?). \"Śmierć frajerom\" to hasło związane z Branickim.
Mój pierwszy dzień pobytu w Internacie przypadł w czasie dyżuru Branickiego i doszło do pierwszej bójki nowego z miejscowym. Kara - szorowanie stołówki, następna bójka podczas pracy, to nowe zadanie - szorowanie podłogi korytarza. Nie było zgody i przy tym, ale w nocy łatwo dało się ustalić winnego. Winnym zostałem ja i już sam musiałem szorować ustęp, co trwało prawie do rana. Taki był mój pierwszy dzień w internacie, ale zostałem zaakceptowany.
Nie wszyscy wychowankowie Internatu byli zakonspirowani i nie wszyscy byli w Szarych Szeregach. Do kolegów harcerzy należeli najbardziej wypróbowani o ile dobrze pamiętam: Tadeusz Gasparski \"Cygan\". Konrad Garstka \"Watson\", Zenon Jarocki \"Globus\", Leszek Karczewski \"Ciuchcia\", Ireneusz Kocięda, Arkadiusz Kwiatkowski, Tadeusz Lewandowski, Zbigniew Płoski \"Henryk\", Henryk Sroga \"Sowa\", Edward Syguła \"Kicek\", Remigiusz Włosik \"Plastuś\". Andrzej Żubr \"Jędruś\", Bogusław Bertel, Janusz Komorowski.
Zastęp mój wykonywał szereg zadań zleconych: dostarczanie korespondencji do Warszawy, oraz rozprowadzanie gazetek konspiracyjnych, warty itp. Raz doszło do ciekawego epizodu na ul. Kościuszki. Przed samym kościołem idący koledzy szli od dworca ze mną w stroną Internatu za samotną kobietą, która widocznie lękając się nas skręciła w bok i porzuciła paczkę. Gdy podnieśliśmy ją okazało się, że było tam podobnie jak u nas kilka ostatnich Biuletynów Informacyjnych. Przy kościele działała druga grupa harcerska prowadzona przez harcmistrza księdza Jana
Raczkowskiego.
Zastęp mój podejmował szereg własnych inicjatyw. Zebrania odbywały się na szczycie w wieży \"Capri\". Byliśmy inicjatorami mody czasu tj. pisania i śpiewania własnych piosenek do znanych melodii. Przypominam sobie piosenkę napisaną na cześć Jerzego Gołońskiego przeze mnie:
Nasz kierownik, nasz kochany
Chodzi ciągle zadumany
Bo ma nad czym rozumować
skąd brać forsę, co kupować
I choć chłopcy są nieznośni
On wciąż ku nim chęci rości
Mąkę z młyna się wystarał
Do roboty rano wstawał
a w nagrodę Boże Drogi
od skarg na nas drżą mu nogi
Ten mój panegiryk wywołał inną piosnką napisaną przez członka mego zastępu Henryka Srogę (zapamiętany fragment):
My teraz idziemy na swe ćwiczenia
a cwany \"Lis\" idzie na przedzie.
Daje nam harcerskie wykształcenie
Gdy nie wiemy tam on nas wiedzie
Poznajemy kraj nasz w koło
Poznajemy różne zabawy
i tak nam czas płynie wesoło
i upływa dzień bardzo klawy.
Oczywiście wspominam to by udokumentować jak silną role odgrywał w tych czasach wiersz i piosenka. To był duch tamtych czasów.
Niezależnie od udziału w małym sabotażu i jego typowych formach prowadziliśmy w internacie działalność kulturalną tj. różne występy, na które zapraszaliśmy dzieci i dorosłych z okolicy oraz szkół otwockich. Były to tańce, recytacje, piosenki, skecze itp.
W działalności tej wspierali nas wychowawcy: Irena Michałowska, jej matka. Olga Bogusz, Maria Kotlicka, Jerzy Dargiel i wielu innych.
Do najważniejszych zaliczyć należy zorganizowanie teatrzyku kukiełek. Udział w imprezie brała większość kolegów jako aktorzy. Ja wykonywałem kukiełki, Reniek Włosik był dekoratorem, Edek Syguła budowniczym konstrukcji. Były to moje pierwsze kroki rzeźbiarza, kukiełki te były częściowo marionetkami. Jedna z nich paliła fajkę wypuszczając dym. Cały ten teatrzyk powędrował do Warszawy i przed Powstaniem już tam pozostał.
Jak na początku wspomniałem od czerwca 1944 r. przebywałem na obozie Szarych Szeregów \"Gigantów\" z Warszawy w Celestynowie pod Otwockiem. Matka i siostra moja pracowały przy zaopatrzeniu i w kuchni.
Obóz był zorganizowany pod szyldem kolonii letniej RGO. Prowadził go harcmistrz \"Mirosław\". Początkowo przebywaliśmy w miejscowej szkole. Poznałem wówczas kierownika szkoły i jego syna Aleksandra Rękasa jak się okazało również harcerza.
Wszyscy znaleźliśmy się poza Warszawą. Wiedzieliśmy, że postanowiono nas ochronić i obalić, ale żyliśmy ciągle z tym kompleksem. daremnie \"Mirosław\" starał się nas uspokoić, organizując szkolenia bojowe.
Były to zresztą wspaniałe chwile. Szkolenie z bronią, rozbieranie zamka karabinu, przestrzeliwanie broni schowanej, itp.
W nocy z 27 na 28 lipca 1944 roku Niemcy opuścili Otwock. Pod Celestynowem pozostał rozbity i częściowo spalony niemiecki pociąg pancerny. Podobno kolejarze rozebrali tory, a resztą zrobiły radzieckie czołgi. Przypomniało mnie to, że swego czasu wykonałem pełne rozpoznanie tego właśnie terenu w Otwocku, wykreśliłem plany, przeprowadziłem potrzebny wywiad o terminach patroli \"banszuców\" i przekazałem ten plan \"Wiktorowi\".
Dotyczyło to wyboru i czasu wysadzenia torów pod Otwockiem w kierunku Celestynowa. Po raz pierwszy spotkałem się z przyrządami kreślarskimi i otrzymałem od \"Wiktora\" wzory obowiązujących oznakowań na planach.
Było to najpoważniejsze zadanie, jakie wyprosiłem u przełożonych. Wracając jednak do \"Gigantów\" po opuszczaniu przez Niemców Celestynowa podobnie jak wcześniej za Niemców wchodziliśmy czwórkami do kościoła i śpiewaliśmy \"Boże coś Polskę...\" i szereg patriotyczno - religijnych pieśni, co niesłychanie podnosiło nas i zebranych w kościele wiernych na duchu. Sytuacja się jednak zmieniła. Powstanie Warszawskie trwało. Broni po Niemcach nie było, przejechali furmankami ciągnionymi przez ciężkie konie belgijskie maruderzy i koniec. Przenieśliśmy się do opuszczonego majątku \"Strzępki\", co poprawiło naszą sytuację, lokalową i żywnościową. Po pewnym czasie powstał przekładaniec: w ogrodzie namioty i wojsko sowieckie, w budynku głównym \"kolonia dla dzieci\", na strychu ukryci, jedynie z bronią krótką i granatami niedobitki z rozbrojonej 30 Dywizji Piechoty AK i inni AK-owcy, również z rodzinami. W tym czasie najbardziej pamiętam dwie moje ważne role. Pierwszą to była pomoc w zaopatrzeniu ukrytych na strychu AK-owców. Pamiętam jeden epizod. Namówiłem jednego z ukrywających się, że pójdziemy razem wykopać kartofle z pola majątku Strzępki (właściciel uciekł z Niemcami).
Kopiemy kartofle i wsypujemy do worka, a tu leci z widłami chłop, prawdopodobnie były pracownik majątku. Ale mój towarzysz był postury kulturysty i gdy [chłop] doleciał blisko do niego, zatrzymał się, popatrzył i ze zrozumieniem przeklął i zawrócił.
Odwiedzali mnie w Strzępkach koledzy z Internatu z Otwocka i zaczęło się zaopatrzenie w broń. Były to karabiny i pepesze przybyłej armii.
Pierwszego transportu dokonał Reniek, ukrywając broń w wiązce wikliny, pilotowałem go na pół drogi do Otwocka. Następnym razem zabraliśmy cały kozioł karabinów. Wszystko to znalazło się w Internacie. Na początku października powróciłem do Internatu w Otwocku. A matka moja z siostrą stanowiły osłonę dowództwa AK nieujawnionego i pozostającego w konspiracji. Matka z siostrą przebywała w utajonym lokalu w Otwocku, lecz tylko ja znałem ich miejsce pobytu. Tu odnalazł mnie Zbyszek z \"Parasola\" i przekazał mi wiadomość o śmierci mojej siostry w Pałacu Krasińskich. Jedyną pamiątką był wiersz Ziutka: \"Czerwona Zaraza\". Wiersz ten pamiętam do dzisiaj (wiersz wręczył mi w maszynopisie Zbyszek).
Rozpoczęty nowy 1944 rok szkolny zastał nas w ogólnej biedzie, pomimo to przez Internat przewijało się wiele osób powracających do domów i w Internacie znajdowali żywność. Pewnego razu Jerzy Gołoński rozrzucał źle posłane łóżka i zobaczył ukrytą tam broń. Na apelu przemawiał w sposób zrozumiały tylko dla wtajemniczonych, aby do jutra wszystko to znikło z internatu. Tak się też stało. Kilku z chłopców, a m.in. Reniek i Konrad mieli być aresztowani i dlatego nakazano im, aby opuścili Internat. O tym ostatnim dowiedziałem się po latach od Garstki i Włosika.
Tak więc szkoła I kl. gimnazjum ponownie w Otwocku. Zycie nasze nowe rozpoczynało się z upadkiem Powstania i wyzwoleniem Warszawy. We czwórkę na drugi dzień po wyzwoleniu W-wy wyruszyliśmy na piechotę do Warszawy. Wieczorem byliśmy na Pradze. 20 stycznia [1945] wszedłem ponad zamarzniętym trupem człowieka do naszego mieszkania w Al. Jerozolimskich. Na ścianach Pozostały tylko fotografie.
Powróciliśmy do Otwocka. Przebaczono nam tą 3 dniową ucieczkę.
Od tamtej pory losy nasze potoczyły się odmiennie. Korzenie, wspomnienia i przyjaźnie pozostały, o czym świadczą nasze spotkania po latach.
Ukończyłem Wydział Rzeźby ASP w 8 Warszawie i Wydział Architektury na Politechnice Warszawskiej. Jestem czynnym artystą, aktualnie prezesem ZAP
Władysław Frycz „Lisek”
Warszawa 1990