Dziejopis, szukający śladów działalności Szarych Szeregów na terenie Otwocka, napotkałby wiele trudności i nie ręczę, czy przy największej dociekliwości ślady zaprowadziłyby go na właściwy teren, jakim była zakrystia kościoła parafialnego.
W czerwcu 1941 r. zacząłem pracę jako wikariusz w Otwocku i kiedy tylko udało się zebrać większą grupę ministrantów - jako stary harcerz - ująłem chłopców i pracę, z nimi w system zastępów. Nie mieliśmy więc zebrań, ale zbiórki, po opanowaniu ministrantury wypełnialiśmy czas grami harcerskimi, a kiedy sprzyjała pogoda beztrosko uganialiśmy się za znakami indiańskimi, robiliśmy podchody w najbliższej okolicy. Jak nam się to udawało? Wszytko działo się pod firmą ministrantów. Najsprytniejszy konfident widział chłopców w komżach, z dzwonkami, przy ołtarzu. To nam dawało wielkie szanse.
Starsi chłopcy mieli coraz bardziej harcerskie ukierunkowanie. Mieli bardzo śmiałe zainteresowania, rwali się do akcji - a przecież trzeba było ich skierować na zupełnie inną drogę. Mieli pracować nad sobą, a jeśli okres wojny narzucał pewne „specjalności” – to szły one po linii zwiadu, pracy kolporterskiej, łączności itp.
W tych ramach z trudem się mieścili. Tym trudniej, że okolica żyła walką, że ich starsi bracia i ojcowie szli do lasu, wysadzali pociągi. Chłopcom też marzyła się walka.
Otwock jest małą mieściną, gdzie wszyscy wszystkich znają i każdym się interesują. Trzeba było chłopców uczyć konspiracji. Zbierali się w dosyć licznych grupach, co stanowiło poważne niebezpieczeństwo. I tu trudności rozwiązywała przynależność „do ministrantów”.
Ćwiczenia odbywały się i w terenie. Pamiętam taką zbiórką w gęstym zagajniku, pod strażą rozstawionych czujek i patrol żandarmerii, który przeszedł obok nic nie widząc. Jakie to było przeżycie dla młodych chłopaków, ocierających się o niebezpieczeństwo!
Był to okres, gdy tajne wydawnictwa nie ograniczały się tylko do gazetek (chłopcy je kolportowali), ale docierały książki: „Kamienie na szaniec”, „Dywizjon 303”. Ile to miało uroku, gdy w zapadającym zmierzchu gdzieś pod szumiącymi drzewami można było podyskutować na temat bohaterów tych książek. Była to lektura ekscytująca i trochę dla chłopców tak bardzo rozpalonych wręcz niebezpieczna.
Przyrzeczenie odbywało się zawsze bardzo uroczyście. Na dużej polanie gdzieś pod Mlądzem na ręce przybyłych władz harcerskich składało Przyrzeczenie kilkunastu chłopców. Przeżycie niezapomniane. Kiedyś na takiej polanie - mimo obstawy - pojawił się gospodarz z furmanką. Ktoś z nas podbiegł, by go ostrzec przed „gadaniem”. A gospodarz płakał! „Dzielne chłopaki i polska flaga!” - tyle mógł powiedzieć.
Lata biegły, najstarsi przechodzili do GS ów. Zbliżały się chwile największym próby. Zbliżał się front. Gdzieś w maju czy czerwcu [1944 roku – przyp. MG] mieliśmy wybrać się na wycieczkę. Chłopcy dawno ją sobie wymarzyli. Pierwotnie planowaliśmy Celestynów, ale mądrzejsi ostrzegali, że tam już ukazały się czołgi radzieckie. Nie sposób było łamać obietnic. Wyruszyliśmy do Mlądza. Niemcy cofali się już bezładnie. Wybraliśmy teren najbardziej otwarty, by uchronić się przed podejrzeniem ukrywania się. Chłopcy małymi grupami wykonywali przewidziane ćwiczenia, grali w piłkę. Nie obyło się od nagabywania przechodzących żołnierzy. Byłem zawsze pod ręką, miałem przy sobie chłopca dobrze znającego niemiecki i za każdym razem wychodziliśmy cało. W pewnej chwili podszedł młody oficer i gdy mu tłumaczyliśmy się z naszych pobożnych zajęć, on wskazał na grupę ćwiczących tyralierkę i Niemiec spytał: „Na co ministrantom tyralierka?”. Na tym się skończyło. Tej nocy, nocując w pobliskiej stodole, przeżyliśmy radziecki nalot na Warszawę. Ogromne emocje!
Front zbliżał się coraz bardziej. Coraz więcej było pracy. Chłopcom nigdy nie brakło odwagi a i rodzice mieli do nas dużo zaufania.
Niemcy z Otwocka wyszli prawie niespostrzeżenie! Przeszli na drugą stronę Wisły. Za Karczew. Chłopcy dorwali się do opuszczonych magazynów. I zaczęły się „występy”. Znaleziono mnóstwo rakietnic i zastępy porozumiewały się kolorowymi rakietami. Trudno było utrzymać rygor. Pewnego ranka obudziło mnie dobijanie do okna. Pod oknem stało dwóch chłopców i trzymali okryty prześcieradłem jakiś spory przedmiot. „Co z tym zrobić?” - służbiście pytali. Była to pięść pancerna.
Już po wejściu wojsk radzieckich zaistniało nowe niebezpieczeństwo. Należało chłopców rozbroić. Zapadła decyzja topienia pięści w studniach. Najbardziej trudny do wykonania rozkaz. Kiedy front rozciągał się od Celestynowa po Radość (teren przez nas obsługiwany) trzeba było przewozić rozkazy i prasę, itp. Wspaniałe pole do popisu. Chłopcy wykazali dużo odwagi, ale i zdrowej subordynacji. To były owoce długich prac nad sobą!
Do Otwocka wojska polskie i radzieckie weszły już w lipcu 1944 r. Szare Szeregi występowały już jako ZHP. Były zbiórki, ćwiczenia, wycieczki i defilady (uroczystość otwarcia linii kolejowej Otwock - Warszawa, na dworcu harcerze stali w długim szeregu).
Trudno odtwarzać wypadki z przed tylu lat. Więź z tamtych czasów przetrwała i trwa.
x. Jan
Raczkowski